ZAWARTOSC KOSZYKA

Wartość Twoich zakupów:

0 PLN

Artykuły


Droga do mostu Kierbedzia

Po spaleniu Mostu Ponińskiego, Warszawa po raz kolejny pozostała bez stałej przeprawy rzecznej. Mieszkańcy miasta, znów na długie lata, byli zdani na prywatnych przewoźników oraz prowizoryczne mosty sezonowe. Jednak nie oznacza to wcale, że nie myślano nad rozwiązaniem tego problemu. Inżynierowie bardzo długo zastanawiali się nad postawieniem solidnego mostu, który nie musiałby być „składany” na okres zimowy a jednocześnie byłby na tyle trwały, że nie były by mu w stanie zagrozić lodowe kry.

W roku 1820, Ludwik Metzell, kapitan artylerii, przedstawił opinii publicznej, pionierski jak na tamte czasy projekt mostu łańcuchowego, który miałby być złożony z pięciu 130 metrowych przęseł. Przeprowadził nawet, na skonstruowanym przez siebie modelu, publiczny eksperyment. Aby dowieść forsowany przez siebie pomysł, obciążył dziesięciotonowym ciężarem taki sam łańcuch jakiego zamierzał użyć przy budowie. Próba okazała się być skuteczna, a sam projekt nawet trafił do dokładnego rozpatrzenia przez specjalną komisję Towarzystwa Przyjaciół Nauki. Przeprowadzona przez nią ekspertyza okazała się być przychylna.
Niestety, w tych burzliwych czasach, finalnie nic z tego nie wyszło, ponieważ Rada Budowlana stwierdziła, iż nie dysponuje odpowiednimi możliwościami technicznymi, aby projekt ten zrealizować.
Minęło więc kolejnych kilka lat aż młody inżynier, budowniczy rządowy Adam Idźkowski zaproponował, aby zamiast budowy mostu na Wiśle, spróbować przeprowadzić pod nią tunel. Dokonał nawet dokładnych wyliczeń, z których wynikało, iż projekt ten byłby o wiele tańszy niż budowa mostu.
Obliczył iż do budowy tunelu, który byłby umieszczony 8 stóp pod dnem Wisły, potrzebnych by było na ten cel 13 376 000 cegieł oraz 119635 korcy cementu. Ogólny koszt miałby więc wynieść ok. dwóch i pół miliona złotych, a więc o ponad pół miliona taniej niż budowa potencjalnego mostu.
Wyliczał również inne plusy swojego projektu. Jak tłumaczył, w razie kolejnego konfliktu zbrojnego, gdyby nadarzyła się taka konieczność, zamiast niszczenia przeprawy, wystarczyłoby zalanie tunelu, który można by następnie w łatwy sposób na nowo odtworzyć. Poza tym tunel, któremu nie mogłyby zagrozić pociski artyleryjskie mógłby również służyć jako schron dla ludności cywilnej, lub też doskonały punkt do kierowania działaniami wojennymi. Oczywiście z planów tych nic nie wyszło.
Pomimo prezentacji wielu ambitnych projektów, Warszawiacy na most z prawdziwego zdarzenia musieli czekać następnych 35 lat.